Rafał Marek Robert Andrzej
strona główna/teksty/
TEKSTY

PUCH MARNY

Późna godzina, czas ruszać w drogę
Polej stary mi na siedemnastą nogę
Wiem co mnie czeka u kresu drogi
Tam gdzie co dzień wiodą mnie dwie moje nogi

Ty zawsze , ty nigdy
I tak lepiej wiesz
Że ja się przecież nigdy nie obrażam
Mówiłam, wiedziałam,
Nie ważne, za późno
Zresztą zrobisz sobie jak uważasz.

Znów przerobimy lata niedoli
Przerobimy wszystko co ją we mnie boli.
Za jej marzenia i martwe plany
Będę dziś jak zdrajca w nocy rozstrzelany.

Ty zawsze , ty nigdy
I tak lepiej wiesz
Że ja się przecież nigdy nie obrażam
Mówiłam, wiedziałam,
Nie ważne, za późno
Zresztą zrobisz sobie jak uważasz.

ŚWIATŁO

Świeć
Światłość, którą dał     nam cierpliwy Pan
i oświetlaj w mroku drogę tak
by zobaczyć kres
by zrozumieć śmierć
i opuścić ten labirynt kłamstw.

Gdzie dym kadzidlany horyzonty spowił
senny śpiew
zaczadzonych martwych już za życia

Tępy strach przed nicością oraz nieistnieniem trawi ich
stają się już tylko cieniem swym.

Spal
Księgi w których łżą
ci co ciągle chcą byśmy nieśli winę i ich tron
byśmy bali się
pytać co to grzech
co to jest ten cały bogów zmierzch

a gdy w końcu dym opadnie kadzidlany
sklepią się
rwące rany samobiczowanych.

Tępy strach przed nicością oraz nieistnieniem ujdzie w dym
będziesz mógł być bogiem swym.

KONIEC DROGI

Kupa białka i mniemanie, że ten chaos gdzieś ma sens.
Na kompasach i zegarkach opierając życie swe.
Wędrujemy po tym globie by zatracić organy nieużywane
Płodząc ciągle nowe sługi oraz bogów na świat
i na podobieństwo swe

A koniec tej drogi wśród miliardów mogił.
Czas nakarmić sobą świat na miliony lat.

Wciąż błądzimy tępym wzrokiem po sklepieniu tego snu.
I mierzymy ten nasz obłęd w perspektywach lub IQ.
Coraz bardziej przezroczyści zarzynając litością swą własną siłę.
Wygasając, już nie będą majaczymy kim być
mogłem a kim nie byłem

A koniec tej drogi wśród miliardów mogił.
Czas nakarmić sobą świat na miliony lat.

W CIENIU

Ja, stary cap, co widziałem wiele, choć w ciemnościach trwam,

bo tam niewidzialność swoją mam i skrywam strach by wilk nie wytropił go wśród skał,

bym dalej grał w tą grę co życiem jest.

Otwarłem nagle oczy stanąwszy na tej skale wśród ciemności

Kolejka szarych owiec się wiła jak padalec wśród zarośli.

Żołądki jak z ołowiu i serca trzepoczące, strach.

Co rusz kolejna ginie wierzgając w wilczych kłach.

W źrenicach im migoce Wiecznie Zielona Łąka – Nadpastwisko

I patrzą becząc pieśni na własny koniec, który jest tak blisko.

Za horyzontem nikną wśród majaczącej mgły.

A potem tylko wrzask.

A potem bełkot krwi.

Odchodzę w cień by dalej żyć.


ANIELI GRAJĄ

Ci zakompleksieni, co muszą z czymś walczyć
By ktoś w nich dostrzegał, choć cień wojownika,
Ciskają bluźnierstwa na tych, których nie ma,
Bo z nimi nie trzeba na śmierć się potykać.

Dalekim imperiom rzucają przekleństwa,
Lecz tak by przypadkiem nikt tam nie usłyszał.
Pod barwną, krzykliwą atrapą ich męstwa,
Taplają się w swoich zmyślonych fetyszach.

Anieli grają, chóry śpiewają
Lecz tylko dla tych perfidnie świętych,
Którzy po ludzkich sercach chadzając
Szlifują sumień swoich diamenty.

Niesie się hejnał z trąb cherubinich
Zdradzieckim psom o potędze kadząc.
Nie będą siebie już nigdy winić,
Nawet, gdy własne matki sprzedadzą.

Ognistym mieczem jasny archanioł
Zdrajców pasuje dziś na rycerzy,
Płatnych rabusiów, co całkiem tanio
Leczą nas z wiary, gdy ktoś im wierzy.

Daj im swą ufność- tanio sprzedadzą
Oddaj im pokłon- w kark wbiją zawiść
Pożycz im wiary- już nie oddadzą
Podziel się szczęściem- gorycz ich zdławi.


KIEDY WRESZCIE...

Kiedy wreszcie się rozejdą raz na zawsze nasze drogi.
Gdy Twe dłonie mnie przestaną poić wódką i tytoniem.
Kiedy wreszcie śmiechem okpię Twe imponujące rogi.
W pociąg życia wsiądę w biegu - Ty zostaniesz na peronie.

Gdy nie będziesz mi już zlewał łez cierpiętnych do rękawa
Spalę Ci te wszystkie listy, fotografie zakurzone.
I choć w Twoich pustych oczach czeka mnie ponura sława
Będę Ci ryczący Galu wszechobecnym centurionem.

Moja każda myśl o pięknie co dzień będzie Cię zabijać.
Zgrabna dłoń co rano z piersi naszej będzie Cię zdrapywać.
I obetnę razem z Tobą drugi koniec tego kija
może puści parę pędów i wyrośnie na pokrzywach.

Zabierz duszę jeśli zechcesz, będzie tylko Ci koszmarem.
Chcesz to sprzedaj jeśli bieda Cię przyciśnie w samotności.
Zostaw tylko święty spokój, garść niewiedzy i gitarę.
Wróć dopiero, kiedy w grobie legną nasze wspólne kości.


...

Zabliźnione otwórz rany.
Zacznij w końcu boleć.
Władco cierpień zapomnianych.
Bądź jak wbity w stopę kolec.
Wyjmij ostrza z pleców naszych,
daj do końca świat zobaczyć.
widzieć koniec naszej rasy,
daj utaplać się w rozpaczy.
Rozbij nienawiści czarę.
Bądź spełnieniem i koszmarem.
Bądź powracającą falą.
Powróć jako ogień -paląc.
Powróć jako woda -topiąc.
Zdrajcy dół niech sobie kopią.
Wierni niech zdychają z głodu.
Dosyć już ziemskiego smrodu.
Z ust cuchnących modlitwami,kurtuazją i bluźnierstwem,poematem i sloganem utocz dzisiaj wściekłą pianę.
Niech wrażliwym serca staną, niech się wieprze topią w ślinie,
niech już po nich nic nie spłynie.
Każdy zmierzch niech będzie końcem ciemnym jak klechty sumienie, strachem i wierzganiem kończyn i ostatnim namaszczeniem.
Każdy świt niech będzie krokiem aby spłonąć w Twej pochodni i niech poród i poczęcie staną się gorsze od zbrodni.
A gdy glina w glinę wsiąknie, drzewa niech wypuszczą pąki, ziemia niech zarośnie trawą, dzięcioł niech Ci stuka bravo.
Wilki niech wyplenią trzodę, bydło, drób za wielką zdradę czworonogów i skrzydlatych.
Koty sobie dadzą radę.
Bądź naprawdę, nie na niby,
zabij wszystkie wieloryby,
weź zabawki wszystkim dzieciom,
pokaż wała wszystkim śmieciom,
a na przyszłość użyj czegoś solidnego zamiast gliny.
PCV lub jakiś drut, bo taki człowiek -to są kpiny.


ODRODZENIE

Czas obrosnąć w szklaną zbroję -tarczę ku zatrutym grotom,
aby mogło spłynąć po niej każde gówno, ślina, błoto.

Czas się sobie stać doboszem i w rytm werbla w życie wkroczyć,
zarżnąć ufność swą jak prosię i sumieniu wykuć oczy.

Stać się sobie krwawym carem i wymierzyć srogą karę.
Krzyknąć : MANE THEKEL FARES, i na stos swą zgniłą wiarę!

Czas na pograniczu jaźni zatknąć słupy, na nich "WARA"
by spokojnie w twórczej kaźni mogła kwitnąć nowa wiara.

Skoro dupa rządzi światem- czas swą dupę wziąć w obroty,
smagnąć po półdupkach batem by się wzięła do roboty.

Skoro życie nie oszczędza, więc czas nie oszczędzać życia.
Skoro czas płynąc zabija to i czas jest do zabicia.

Sobie tylko być filarem, by podtrzymać swą świątynię,
a gdy runą stropy stare, niech przywalą każdą świnię.

Zdrajców rząd powiesić trzeba w najciemniejszym skrawku duszy.
Obciąć przyjacielskie dłonie i przysięgi ich zagłuszyć.


KAPITANOWIE

Dno, a na dnie,

na swych wrakach zabranych przez śmierć, kołysani przez prąd ciągle tkwią, wciąż trzymając bezwiednie swój ster.

Sól, żrąca sól.

To już morze, a nie krople łez.

Trawi wszystko co dobre i złe. Strawi ich i ich wraki na rdzę.


Kapitanowie tonących okrętów,

jak ja Was kocham i czekam na brzegu. Ja się wyrwałem spod morskich odmętów.

Kapitanowie tonących okrętów.


Ty patrzysz w mgłę, ale płyniesz przed siebie choć wiesz, że Twój okręt to nadzieja Twa, która tonie by dosięgnąć dna.

Ja, pośród skał, twa latarnia na brzegu wciąż trwam. Moje światło nie znaczy już nic. Płyniesz prosto na skały, pod szkwał.


KADUCEUS

Kaduceus trzymam w dłoni, więc niczego się nie boję.
Czapka dzwoneczkami dzwoni.
Co wyszydzę dziś - to moje.

Będzie wielkie śmiechowisko. Stoły syto zastawione
Goście kark zginają nisko króla łechcąc swym pokłonem
Król dla cechy dziś nałożył na mnie tytuł gospodarza,
sam zaś zajął miejsce w loży na pozycji kronikarza.

Zamiast Jego Wysokości siedzę na troniku złotym.
Wypatruję reszty gości by uczepić się głupoty
za skundloną tłustą grzywę, dosiąść jak tępego osła
by w pospólstwa łby parszywe mnie na oślep dziś poniosła.

Ci, co wszystko już zdradzili, więc się świeczki im dopalą,
nagle, jak stado goryli w pierś się walą, walą, walą.
Łżą, że złego nic nikomu nie zrobili nigdy w życiu,
jakby to im miało pomóc w zmartwychwstaniu albo w piciu.

Ptaki takie, co kalają gniazda własne, ale ciasne,
co pod siebie coś wysrają to się staje bardziej jasne,
że się sycą swoim smrodkiem. Wolę od nich siedzieć z dala,
bo świat dla nich jest wychodkiem. To o panu panie z panią.

Pani w świecie tego pana tkwi, bo nie ma świata swego,
najwyraźniej zakochana, ale co mi tam do tego...
Tylko szkoda, bo jej oczy pełne jakiejś są mądrości -
mogłaby dostojnie kroczyć obok Jego Wysokości.

Świat się już pod stoły stoczył. Przejdę jeszcze się po trupach.
Patrzę na to serce broczy i twardnieje moja dupa.
Król odkręcił już roszadę, na tron złoty wrócił z loży.
Pora kończyć błazenadę i w swój barłóg się wyłożyć.

Echo błądzi po komnatach cicho, bo mu wstyd powtarzać
głosy dam gwałcących kata, który miał ściąć kronikarza.
Już pochodnia dogorywa. Kości dobrze ogryzione.
Flaszki puste. Sala siwa. W kątach pewnie nawalone.

W jednym miejscu w tej piosence nie ma rymu - został w głowie.
Ja umywam po tym ręce, a kto chce niech go dopowie.


INWAZJA

Co zrabuję czyjeś serce, to mi zwiędnie w dłoniach.
Co wyłupię z kogoś kocham, to w ramionach moich skona.
Co odetnę komuś wiary, jak płat mięsa zielenieje.
Co spojrzenie uprowadzę, to w niewoli oszaleje.

Ofensywa moich palców napotyka tylko zgliszcza.
Na Twym zbezczeszczonym ciele resztki dumy Twej wyniszczam.
Flota ust mych, już bez celu, wciąż dryfuje w morzu słonym.
Twa nadzieja rozstrzelana. Świat Twych pragnień zatopiony.

Nikt nie rzuca pęków kwiatów na sumienia mego pancerz,
Kiedy wkraczam pragnąc chwały pośród rozgromione szańce.
Co przygarnę pod swe skrzydła kompleks marzeń Twych strzelistych,
Rozpościeram swe ramiona i zostawiam dywan zgliszczy.

Kiedy trzeba nową wiarę i nadzieję w nas ocalić,
Palę przeszłość i znów czuję jakbym jakiś Rzym podpalił.
Przebij mą stalową zbroję. Wyrwij serce me ze stali.
Nasyć wreszcie się pokojem, gdy ja będę w swej Walhali.

HUMANIŚCI

Jeśli więc to wszystko jałowe bezdroże-
po co były wszystkie tamte drogowskazy,
po co sterty mitów, przypadków, założeń,
że istnieje miłość, tylko trzeba marzyć.

Wciąż DYBAŁA na nas cała armia kłamców
pławiąca się w swoich zamulonych chęciach
by chęci przejrzyste zakuć w myśli łańcuch
by ktoś czasem w sobie nie odkrył zwierzęcia.

Wypanierowani we własnych urojeniach,
niezdolni by własny ocalić gatunek,
roimy już tylko stek umownych nazewnictw,
co się nigdy w życiu nam nie ucieleśnią.

Gubią nas te słowa brzmiące literacko,
zżerające mózg i serca pełne bólu.
Zapędzeni nimi w człowieczeństwa ramy,
jak bydło posłuszni, już nie uciekamy.



PO...

Coś tam w środku wskrzesiłem. Coś tam umarło.
Coś tam w środku bezsilnie swą mordę rozdarło.
Coś, co spać nie dawało, dziś samo już drzemie.
Coś, co chlubą bywało, dziś ciąży jak brzemię.

Pociąg gdzieś tam, do czegoś się wykoleił,
W piach i gruz zabierając kilka idei.
Coś, co było symbolem, dziś tylko fetyszem.
Niegdyś ślepy i głuchy, dziś widzę i słyszę.

Coś, co strawą mi było, jest dzisiaj trucizną -
Na żołądku wrzodami i rychłą siwizną.
Co pieszczotą bywało, się w szafot zamienia.
Co nadzieję tuczyło, katuje marzenia.

I nie mówcie mi tylko, bo nie słucham was wcale,
Że mam salwę radosną słyszeć w każdym wystrzale,
Że mam szukać nadziei w spopielałej Pompei,
Że mam szukać miłości w dołach z wapnem i kośćmi. 

SZUFLADA

Ten dzwonek, który miał zadźwięczeć,
gdy zgubię się na pastwę wilczyc,
nie zabrzmi chyba nigdy więcej.
Głuchy w szufladzie mojej milczy.

Kiedy pod wolframowym słońcem,
wśród słonych kałuż na stoliku,
w lesie butelek trwożnie błądzę,
nie mogę wyrwać z siebie krzyku.

Dzwonek i krzyk na dnie,
w tej trumnie, która jest grobowcem pięknych chwil.
W tej szufladzie
strach i gniew,
sól - ekstrakt naszych łez,
kolekcja naszych kłamstw
i zaklęć komplet taki tam.

A nawet, gdy z wyrwanej krtani
wypluję z krwią Twe imię dumne,
to utknie między manowcami
na wpół nieżywe, bezrozumne.

Zanim wataha fotografii
rozszarpie mnie na drobne strzępy.
Nim wyrwą serce, chciałbym trafić
myślami w ramion Twoich przepych.

Zdjęcia i imię Twe na sterty leżą dnie,
w śmietniku marzeń mych.
W tej szufladzie
seks i śmiech,
te wszystkie "kocham Cię",
zapewnień wachlarz Twych,
zarzekań rewia aż po świt.

W szufladzie dom, drzewo i syn,
Krokodyl i sto słodkich min,
Lenonki, kasztanowy włos,
Rewolwer w razie gdyby coś...
Krzyżyk, co kiedyś miał swą moc,
Suchy kukurydziany kłos
I biała ogryziona kość
Z tej wiary, którą dał mi ktoś.

Czasami szmer i szept.
coś jakby: "kocham cię"
W mrok wydobywa się
Z tej szuflady.
Chłód i biel Twej sukni pośród drzew,
Lecz przecież nie ma Cię.
Jest ciemno, a to tylko śmierć.

SAMOTNOŚĆ WE DWOJE

Ona cicho łka nocami
On już nawet jej nie rani.
Pod pręgierzem siebie samych dzień po dniu i co godzinę coraz bardziej umieramy.
Ja już dawno go nie słucham
On odezwie się czasami.
Ona dawno go nie słucha
Głos nasz ginie gdzieś w otchłani. Słodkim - chcę - przybici wzajem. Na sobie ukrzyżowani.

Czasem palce swoje splotą
By kimś innym być w tej chwili.
A to wszystko tylko po to byśmy żyli - tak bezczelnie - chociaż trochę jeszcze żyli.

Czasem gdy w sobotnim kinie
Znów powtórzą Casablankę...
Ona dojrzy w nim kochanka i on dojrzy w niej kochankę.

Krótką chwilę zatopieni
W dymie jego papierosa.
I w jej potarganych włosach, w bezmiar krain i przestrzeni w swym M4 zapatrzeni.

Ona wraca w swe marzenia
On ucieka od swych marzeń.
W obcych tkwią czasoprzestrzeniach.

Już osobno.

Już nie w parze.

Już nie razem.


TESTAMENT

Jakaś część mojego ego zdechła wreszcie gdzieś pod płotem,
więc testament jej pośmiertny warto spisać.
Nieświadomy kim dziś jestem i co ze mną będzie potem,
PISZĘ.

Miałem kiedyś przyjaciela. Przyjaźń trwała lata całe.
Mądre rady, ideały, co do dziś się nimi szczycę.
Przepisuję mu kochanki, których ponoć, aż trzy miałem,
kiedy on posuwał moją połowicę.
Mimo tego, ciągle wierzę w jakąś wierność niezniszczalną,
co bez względu na cokolwiek, trwa niezłomnie.
Przepisuję ją tym wszystkim, którzy w łeb chcą sobie palnąć
by o zdradzie i kurestwie móc zapomnieć.

Miałem kiedyś też kobietę- była piękna, rezolutna.
Dbałem o nią, byłem wierny, było cacy,
lecz u kobiet rezolucja to dla mężczyzn rzecz okrutna,
więc wybrała mimo wszystko szefa z pracy.
Przepisuje jej poduszkę przesiąkniętą mymi łzami
by ją miękki puch do słodkich snów utulał,
wszystko co mnie nie zabiło i sumienie moje plami
plus nie wystrzelona wtedy tamta kula.

Bogu wreszcie przepisuję, jeśli tylko jest w niebiosach,
wszystko czym za mą lojalność mi zapłacił-
by archanioł najwierniejszy mieczem plecy mu rozciosał,
by strącony swe królestwo całe stracił.
A z Szatanem pewnie kiedyś osobiście się rozliczę.
Jak znam życie pewnie nie na moją korzyść.
Jeśli klęknę przed sędziwym, zdradzonym, mądrym obliczem,
może jakieś moje winy mi umorzy.

Aktualności | Multimedia | Teksty | Historia | Fotografie | Przyjaciele | Rider | Kontakt | Księga gości