Ja, stary cap, co widziałem wiele, choć w ciemnościach trwam,
bo tam niewidzialność swoją mam i skrywam strach by wilk nie wytropił go wśród skał,
bym dalej grał w tą grę co życiem jest.
Otwarłem nagle oczy stanąwszy na tej skale wśród ciemności
Kolejka szarych owiec się wiła jak padalec wśród zarośli.
Żołądki jak z ołowiu i serca trzepoczące, strach.
Co rusz kolejna ginie wierzgając w wilczych kłach.
W źrenicach im migoce Wiecznie Zielona Łąka – Nadpastwisko
I patrzą becząc pieśni na własny koniec, który jest tak blisko.
Za horyzontem nikną wśród majaczącej mgły.
A potem tylko wrzask.
A potem bełkot krwi.
Odchodzę w cień by dalej żyć.
Ci zakompleksieni, co muszą z czymś walczyć
By ktoś w nich
dostrzegał, choć cień wojownika,
Ciskają bluźnierstwa na
tych, których nie ma,
Bo z nimi nie trzeba na śmierć się
potykać.
Dalekim imperiom rzucają przekleństwa,
Lecz tak
by przypadkiem nikt tam nie usłyszał.
Pod barwną, krzykliwą
atrapą ich męstwa,
Taplają się w swoich zmyślonych
fetyszach.
Anieli grają, chóry śpiewają
Lecz
tylko dla tych perfidnie świętych,
Którzy po ludzkich
sercach chadzając
Szlifują sumień swoich diamenty.
Niesie
się hejnał z trąb cherubinich
Zdradzieckim psom o potędze
kadząc.
Nie będą siebie już nigdy winić,
Nawet, gdy własne
matki sprzedadzą.
Ognistym mieczem jasny archanioł
Zdrajców
pasuje dziś na rycerzy,
Płatnych rabusiów, co całkiem
tanio
Leczą nas z wiary, gdy ktoś im wierzy.
Daj im swą
ufność- tanio sprzedadzą
Oddaj im pokłon- w kark wbiją
zawiść
Pożycz im wiary- już nie oddadzą
Podziel się
szczęściem- gorycz ich zdławi.
Kiedy wreszcie się rozejdą raz na zawsze nasze drogi.
Gdy Twe
dłonie mnie przestaną poić wódką i tytoniem.
Kiedy
wreszcie śmiechem okpię Twe imponujące rogi.
W pociąg życia
wsiądę w biegu - Ty zostaniesz na peronie.
Gdy nie będziesz mi już zlewał łez cierpiętnych do
rękawa
Spalę Ci te wszystkie listy, fotografie zakurzone.
I
choć w Twoich pustych oczach czeka mnie ponura sława
Będę Ci
ryczący Galu wszechobecnym centurionem.
Moja każda myśl o pięknie co dzień będzie Cię
zabijać.
Zgrabna dłoń co rano z piersi naszej będzie Cię
zdrapywać.
I obetnę razem z Tobą drugi koniec tego kija
może
puści parę pędów i wyrośnie na pokrzywach.
Zabierz duszę jeśli zechcesz, będzie tylko Ci koszmarem.
Chcesz
to sprzedaj jeśli bieda Cię przyciśnie w samotności.
Zostaw
tylko święty spokój, garść niewiedzy i gitarę.
Wróć
dopiero, kiedy w grobie legną nasze wspólne kości.
Zabliźnione otwórz rany.
Zacznij w końcu boleć.
Władco
cierpień zapomnianych.
Bądź jak wbity w stopę kolec.
Wyjmij
ostrza z pleców naszych,
daj do końca świat
zobaczyć.
widzieć koniec naszej rasy,
daj utaplać się w
rozpaczy.
Rozbij nienawiści czarę.
Bądź spełnieniem i
koszmarem.
Bądź powracającą falą.
Powróć jako
ogień -paląc.
Powróć jako woda -topiąc.
Zdrajcy dół
niech sobie kopią.
Wierni niech zdychają z głodu.
Dosyć już
ziemskiego smrodu.
Z ust cuchnących modlitwami,kurtuazją i
bluźnierstwem,poematem i sloganem utocz dzisiaj wściekłą
pianę.
Niech wrażliwym serca staną, niech się wieprze topią w
ślinie,
niech już po nich nic nie spłynie.
Każdy zmierzch
niech będzie końcem ciemnym jak klechty sumienie, strachem i
wierzganiem kończyn i ostatnim namaszczeniem.
Każdy świt niech
będzie krokiem aby spłonąć w Twej pochodni i niech poród i
poczęcie staną się gorsze od zbrodni.
A gdy glina w glinę
wsiąknie, drzewa niech wypuszczą pąki, ziemia niech zarośnie
trawą, dzięcioł niech Ci stuka bravo.
Wilki niech wyplenią
trzodę, bydło, drób za wielką zdradę czworonogów i
skrzydlatych.
Koty sobie dadzą radę.
Bądź naprawdę, nie na
niby,
zabij wszystkie wieloryby,
weź zabawki wszystkim
dzieciom,
pokaż wała wszystkim śmieciom,
a na przyszłość
użyj czegoś solidnego zamiast gliny.
PCV lub jakiś drut, bo
taki człowiek -to są kpiny.
Czas obrosnąć w szklaną zbroję -tarczę ku zatrutym
grotom,
aby mogło spłynąć po niej każde gówno, ślina,
błoto.
Czas się sobie stać doboszem i w rytm werbla w życie
wkroczyć,
zarżnąć ufność swą jak prosię i sumieniu wykuć
oczy.
Stać się sobie krwawym carem i wymierzyć srogą karę.
Krzyknąć
: MANE THEKEL FARES, i na stos swą zgniłą wiarę!
Czas na pograniczu jaźni zatknąć słupy, na nich "WARA"
by
spokojnie w twórczej kaźni mogła kwitnąć nowa wiara.
Skoro dupa rządzi światem- czas swą dupę wziąć w
obroty,
smagnąć po półdupkach batem by się wzięła do
roboty.
Skoro życie nie oszczędza, więc czas nie oszczędzać
życia.
Skoro czas płynąc zabija to i czas jest do zabicia.
Sobie tylko być filarem, by podtrzymać swą świątynię,
a
gdy runą stropy stare, niech przywalą każdą świnię.
Zdrajców rząd powiesić trzeba w najciemniejszym skrawku
duszy.
Obciąć przyjacielskie dłonie i przysięgi ich zagłuszyć.
Dno, a na dnie,
na swych wrakach zabranych przez śmierć, kołysani przez prąd ciągle tkwią, wciąż trzymając bezwiednie swój ster.
Sól, żrąca sól.
To już morze, a nie krople łez.
Trawi wszystko co dobre i złe. Strawi ich i ich wraki na rdzę.
Kapitanowie tonących okrętów,
jak ja Was kocham i czekam na brzegu. Ja się wyrwałem spod morskich odmętów.
Kapitanowie tonących okrętów.
Ty patrzysz w mgłę, ale płyniesz przed siebie choć wiesz, że Twój okręt to nadzieja Twa, która tonie by dosięgnąć dna.
Ja, pośród skał, twa latarnia na brzegu wciąż trwam. Moje światło nie znaczy już nic. Płyniesz prosto na skały, pod szkwał.
Kaduceus trzymam w dłoni, więc niczego się nie boję.
Czapka
dzwoneczkami dzwoni.
Co wyszydzę dziś - to moje.
Będzie wielkie śmiechowisko. Stoły syto zastawione
Goście
kark zginają nisko króla łechcąc swym pokłonem
Król
dla cechy dziś nałożył na mnie tytuł gospodarza,
sam zaś
zajął miejsce w loży na pozycji kronikarza.
Zamiast Jego
Wysokości siedzę na troniku złotym.
Wypatruję reszty gości by
uczepić się głupoty
za skundloną tłustą grzywę, dosiąść
jak tępego osła
by w pospólstwa łby parszywe mnie na
oślep dziś poniosła.
Ci, co wszystko już zdradzili, więc
się świeczki im dopalą,
nagle, jak stado goryli w pierś się
walą, walą, walą.
Łżą, że złego nic nikomu nie zrobili
nigdy w życiu,
jakby to im miało pomóc w zmartwychwstaniu
albo w piciu.
Ptaki takie, co kalają gniazda własne, ale
ciasne,
co pod siebie coś wysrają to się staje bardziej
jasne,
że się sycą swoim smrodkiem. Wolę od nich siedzieć z
dala,
bo świat dla nich jest wychodkiem. To o panu panie z
panią.
Pani w świecie tego pana tkwi, bo nie ma świata
swego,
najwyraźniej zakochana, ale co mi tam do tego...
Tylko
szkoda, bo jej oczy pełne jakiejś są mądrości -
mogłaby
dostojnie kroczyć obok Jego Wysokości.
Świat się już pod
stoły stoczył. Przejdę jeszcze się po trupach.
Patrzę na to
serce broczy i twardnieje moja dupa.
Król odkręcił już
roszadę, na tron złoty wrócił z loży.
Pora kończyć
błazenadę i w swój barłóg się wyłożyć.
Echo
błądzi po komnatach cicho, bo mu wstyd powtarzać
głosy dam
gwałcących kata, który miał ściąć kronikarza.
Już
pochodnia dogorywa. Kości dobrze ogryzione.
Flaszki puste. Sala
siwa. W kątach pewnie nawalone.
W jednym miejscu w tej
piosence nie ma rymu - został w głowie.
Ja umywam po tym ręce,
a kto chce niech go dopowie.
Ona cicho łka nocami
On już nawet jej nie rani.
Pod
pręgierzem siebie samych dzień po dniu i co godzinę coraz bardziej
umieramy.
Ja już dawno go nie słucham
On odezwie się
czasami.
Ona dawno go nie słucha
Głos nasz ginie gdzieś w
otchłani. Słodkim - chcę - przybici wzajem. Na sobie ukrzyżowani.
Czasem palce swoje splotą
By kimś innym być w tej chwili.
A
to wszystko tylko po to byśmy żyli - tak bezczelnie - chociaż
trochę jeszcze żyli.
Czasem gdy w sobotnim kinie
Znów
powtórzą Casablankę...
Ona dojrzy w nim kochanka i on
dojrzy w niej kochankę.
Krótką chwilę zatopieni
W
dymie jego papierosa.
I w jej potarganych włosach, w bezmiar
krain i przestrzeni w swym M4 zapatrzeni.
Ona wraca w swe
marzenia
On ucieka od swych marzeń.
W obcych tkwią
czasoprzestrzeniach.
Już osobno.
Już nie w parze.
Już nie razem.
Jakaś część mojego ego zdechła wreszcie gdzieś pod
płotem,
więc testament jej pośmiertny warto spisać.
Nieświadomy
kim dziś jestem i co ze mną będzie potem,
PISZĘ.
Miałem kiedyś przyjaciela. Przyjaźń trwała lata całe.
Mądre
rady, ideały, co do dziś się nimi szczycę.
Przepisuję mu
kochanki, których ponoć, aż trzy miałem,
kiedy on
posuwał moją połowicę.
Mimo tego, ciągle wierzę w jakąś
wierność niezniszczalną,
co bez względu na cokolwiek, trwa
niezłomnie.
Przepisuję ją tym wszystkim, którzy w łeb
chcą sobie palnąć
by o zdradzie i kurestwie móc
zapomnieć.
Miałem kiedyś też kobietę- była piękna, rezolutna.
Dbałem
o nią, byłem wierny, było cacy,
lecz u kobiet rezolucja to dla
mężczyzn rzecz okrutna,
więc wybrała mimo wszystko szefa z
pracy.
Przepisuje jej poduszkę przesiąkniętą mymi łzami
by
ją miękki puch do słodkich snów utulał,
wszystko co
mnie nie zabiło i sumienie moje plami
plus nie wystrzelona wtedy
tamta kula.
Bogu wreszcie przepisuję, jeśli tylko jest w
niebiosach,
wszystko czym za mą lojalność mi zapłacił-
by
archanioł najwierniejszy mieczem plecy mu rozciosał,
by strącony
swe królestwo całe stracił.
A z Szatanem pewnie kiedyś
osobiście się rozliczę.
Jak znam życie pewnie nie na moją
korzyść.
Jeśli klęknę przed sędziwym, zdradzonym, mądrym
obliczem,
może jakieś moje winy mi umorzy.